CENTRUM PRASOWE
2009-08-14
Do przegranych nie będziemy należeć
Z prezesem zarządu spółki Animex Dariuszem Nowakowskim o problemach branży mięsnej w czasie kryzysu, braku polskich świń, pozycji Animeksu na rynku i oczywiście o konsolidacji rozmawia Jan Bazyl Lipszyc z czasopisma "Rynek Spozywczy".
- Czy w branży mięsnej jest kryzys, a jeśli tak, to jak on się objawia? Animex jest firmą regionalną, śledzicie rynki europejskie, monitorujecie konkurencję. Mówmy zatem nie tylko o polskim rynku.
- Każdy kryzys zaostrza konkurencję i wyostrza sygnały
dochodzące do firm. Kryzysy mają więc także dobre strony. Oczywiście
mamy kryzys, ale w Polsce ma on zupełnie inną głębię niż w wielu
krajach Europy, gdyż u nas branża mięsna jest ciągle w trakcie
formowania się - zmienia się sposób zarządzania, sposoby działania
firm. Do tego dokłada się ekonomiczna niepewność. Sytuacja pewnie się
jeszcze trochę pogorszy, co wzmocni siły działające na przemysł mięsny
i uporządkuje rynek.
- Czego zatem możemy się spodziewać - fuzji, przejęć, bankructw?
- To wszystko będzie się działo, tak jak w każdym gwałtownie
rozwijającym się systemie ekonomicznym. Bankructwa już mamy, przejęć
będzie prawdopodobnie niewiele, bo do nich trzeba sprzedającego,
kupującego i pieniędzy. Banki nie będą chętnie pożyczały, a z własnymi
funduszami wiele firm może mieć problemy.
- Na giełdę też nie bardzo można liczyć. W branży spożywczej
już w zeszłym roku rezygnowano z przygotowanych przejęć i fuzji, gdyż
zmieniła się sytuacja gospodarcza.
- Sądzę, że w najbliższym roku bankructw będzie więcej niż
przejęć. Będzie wiele firm, które będą chciały znaleźć anioła stróża,
który by je przeprowadził przez ciężki czas, ale znacznie mniej jest
chętnych do roli tego anioła, do wzięcia na siebie długów potencjalnych
bankrutów.
- Docelowo w branży zostanie pewnie kilku dużych graczy i
trochę małych niszowych, regionalnych firm. Jak długo okres dochodzenia
polskiego rynku mięsnego do takiej postaci będzie trwał?
- Ja patrzę nie na Polskę, ale na Europę. Polska jest dla nas
tylko częścią rynku europejskiego, choć jest to ważna część. W skali
Unii będzie pewnie właśnie tak - kilku dużych graczy i sporo firm
regionalnych. Polska jest dla nas bazą, bo ma bardzo dobre warunki do
rozwoju przemysłu mięsnego i chciałbym, żeby wśród tych kilku firm,
które będą się liczyły w Europie, była także firma polska.
To jest bardzo duży rynek - 500 mln ludzi, bardzo zróżnicowany i
rozwijający się z różnymi prędkościami. Powinno więc być
zapotrzebowanie na różne rodzaje mięsa i wędlin, a więc na produkty
firm z wielu krajów.
Co jest teraz głównym problemem branży -płynność finansowa, spadek zapotrzebowania na produkty, zaplecze surowcowe?
- Polska jest już importerem mięsa, biorąc pod uwagę bilans eksportu i importu.
- To jest wielki problem. Kraj, który jest tak dobrze wyposażony
przez naturę, ma dobrą sytuację paszową i klimatyczną, musi importować
wieprzowinę. Nie możemy myśleć o wzroście przemysłu mięsnego bez
własnej dobrej, wydajnej bazy surowcowej.
Nasi politycy mówią o rynku rosyjskim, chińskim. Ja też
chciałbym na nich być, ale znam wymagania i kalkulacje rosyjskich i
chińskich handlowców. Dlaczego mieliby kupować od nas droższą niż gdzie
indziej wieprzowinę?
- Mamy też problemy ze standaryzacją, z trzymaniem parametrów jakościowych, zwłaszcza przy dużych dostawach.
- To jest problem łatwiejszy do rozwiązania, bo nie brakuje w
Polsce wiedzy i ludzi z pasją. A do podniesienia wydajności rolnictwa
trzeba współpracy wielu środowisk. Większość firm w trudnych czasach
obcina fundusze na szkolenia. My w tym roku potroiliśmy inwestycje,
celowo nie mówię - wydatki, na to, co najcenniejsze - na podnoszenie
kwalifikacji pracowników.
- Czy widać w Polsce zmiany w preferencjach konsumentów związane z kryzysem, ze 2 świńską grypą?
- Polski rynek zmienia się tak dyna-| micznie z związku ze
wzrostem wymagań | i oczekiwań klientów, że trudno oddzielić | te
zmiany od tych spowodowanych przez g kryzys. Nie kupuje się dziś 3 kilo
schabu, I ale dwa-trzy kotlety, nie kupuje się metra o krakowskiej, ale
10 deko. To raczej nie ó wynika z gorszej sytuacji gospodarczej, 8 ale
ze zmian potrzeb klientów.
- Duży gracz z wielkimi sieciami handlowymi rozmawia z innej pozycji niż mała firma. Jak ta współpraca układa się Animeksowi?
- Duże sieci są dobrze zorganizowane, pracują na niezbędnych
marżach, mają duże wymagania. To powoduje, że i my musimy się bardzo
starać. Są bardzo wymagającym partnerem, wymagają perfekcji. Zmuszają
nas do ciągłego doskonalenia.
Byłem kiedyś sportowcem. Trener, który nie stawia dużych
wymagań, nie przygotuje dobrze zawodnika. Sieci są dla nas ostrym
trenerem.
- Które firmy są dla Was w Polsce głównymi konkurentami?
- Ciężko powiedzieć, bo my nie mamy jednej marki. Mamy marki z
ogromną tradycją i renomą, choćby Krakus, mamy marki i produkty z
niższych półek czy dla ludzi, którzy się śpieszą i chcą mieć dobre
produkty, ale nie wymagające długiego przygotowania. I każda z tych
marek ma inną konkurencję. Każda z tych marek jest dla nas, choć z
różnych powodów, równie ważna. Produkujemy również marki własne dla
sieci handlowych.
- Czy to jest ważna część Waszej oferty?
- Marki własne stanowią 10-15 proc. naszej produkcji. Gdybyśmy
odmówili, sieci zamówią u innego producenta, a my stracimy klienta. Ten
sektor będzie rósł i nie można się do niego odwracać tyłem.
- Czy to jest generalna prawidłowość, czy trend związany z ciężkimi czasami?
- To jest ogólnoświatowy trend, trwający od lat, ale ja nie
widzę marek własnych jako zagrożenia dla nas. Jest to wyraz naturalnego
rozwoju rynku, rozwoju potrzeb społeczeństwa. Taka półka musi być w
każdym większym sklepie. Gdy sprzedajemy markę własną, to jest to nie
tylko umiejętność przygotowania produktu, ale także gwarancja
powtarzalnej jakości.
- I zaspokojenia regionalnych gustów? Inne wędliny jada się w Hiszpanii, inne w Niemczech czy Polsce.
- Zgoda. Polak zawsze powie, że najlepsza kiełbasa jest z Polski.
- Jesteście firmą o regionalnym zasięgu, europejską. Dużo eksportujecie. A które rynki są dla Was najważniejsze?
- Eksportujemy do Japonii, to bardzo wymagający klient,
stawiający najwyższe na świecie wymagania jakościowe. Tradycyjnym
rynkiem są USA, Krakus jest tam najlepiej się sprzedającą importowaną
szynką, z czego jesteśmy bardzo dumni.
Ja celowo nie mówię o
eksporcie na rynki europejskie, bo traktujemy Europę jak nasz własny
duży rynek. To jeszcze jest nazywane eksportem, ale za kilka lat już
nie będzie. Będą oczywiście regionalne gusty i różnice, ale one w
Polsce też są - metkę jada się w Poznańskim, ale nie w Warszawie.
- Czy ten europejski rynek będzie się pokrywał z granicami Unii?
- Będziemy wchodzili także do krajów poza dzisiejszą wschodnią
granicą Unii. Rynek rosyjski np. ma dzisiaj bardzo duży potencjał, ale
będąc na miejscu Rosjan, kupowałbym dziś mięso wieprzowe w Danii, bo
jest tańsze. A w naszej branży koszt surowca to 70-80 proc. całkowitych
kosztów, więc nasze wędliny robione z droższego mięsa L także nie będą
konkurencyjne. Ceny żywca w Polsce muszą być zbliżone do europejskich,
wtedy będziemy mogli konkurować. Także wtedy, gdy wzrosną w Polsce
place i inne koszty produkcji. Nasz problem to także za mała podaż
trzody i zbyt powolne zmiany strukturalne produkcji.
Byłem kiedyś sportowcem. Trener, który nie stawia dużych
wymagań, nie przygotuje dobrze zawodnika. Sieci są dla nas ostrym
trenerem.
- Czyli głównym problemem branży jest i będzie koszt wytworzenia kilograma żywca?
- To będzie bardzo ważny element. My możemy kupować mięso w
Polsce, Danii, Niemczech, ale niemiecki producent woli eksportować
bezpośrednio do Rosji, bez naszego pośrednictwa.
- Kryzys to dobry czas dla inwestycji tańsze są materiały i robocizna, łatwiej o wykonawców.
- Zgoda, inwestujemy cały czas. Ale trzeba pamiętać, że złotówka
jest teraz słaba, a my importujemy maszyny, bo w Polsce takich linii
technologicznych się nie produkuje. To podnosi koszty inwestycji.
- Na rynku mięsnym mamy kilku dużych graczy. Poza Animeksem
na pewno PKM Duda i Sokołów. Czy w tej czołówce zanosi się na zmiany -
ktoś wypadnie, dojdzie ktoś nowy?
- To są dobre firmy. Sądzę, że utrzymają pozycję na rynku, mimo trudności, j akie j edna z nich teraz ma.
- A cała branża? Jak będzie sobie radziła?
- To jest jakby stołek na trzech nogach. Jedna to rolnictwo, druga przetwórstwo, a trzecia administracja i otoczenie. Jeśli jedna będzie za słaba, cala konstrukcja się przewróci. Jeżeli rolnictwo nie jest na odpowiednim poziomie...
- ...i to jest nasz problem?
- To jedna ze słabości. Problemem jest struktura rolnictwa. Polska i Dania produkują podobną ilość mięsa. Ale Dania robi to na 7 tys. ferm, a Polska na 700 tys. Wydajność, a więc koszty są nieporównywalne.
- To także problem jakości, standaryzacji.
- Oczywiście, również stabilności i przewidywalności produkcji.
- A trzecia noga? Czy władza stwarza dostatecznie dobre warunki działania?
- Chciałbym, aby decydenci zrozumieli, że taki przemysł jak nasz
jest ważny dla Polski. W interesie konsumentów jest, żeby kryzys
przetrwały firmy efektywne. Władza powinna pilnować, żeby każdy miał w
tej grze równe szanse. I stwarzać korzystne warunki działania dla całej
branży nie przez rok czy jedną kadencję, ale przez 30 lat.
- Kto decyduje o tym, co kupić, kim jest Wasz najważniejszy klient?
- Głównie kobiety. Ale różne produkty są adresowane do różnych grup, np. kabanosy to raczej męskie jedzenie.
- Co, według Pana, wyróżnia Animex - wiele marek i produktów,
czyli szeroki front na rynku, czy też są jakieś specjalizacje, które
ciągną firmę do przodu?
- Nasze linie są nastawione na masową produkcję, więc nie możemy
wchodzić w nisze. Zbyt długo trwa i jest zbyt kosztowne przestawianie
linii, która produkuje 100 ton dziennie, na produkt, którego
miesięcznie sprzedałoby się 10 ton. To jest nieopłacalne. Jesteśmy w
głównym strumieniu zapotrzebowania, nie da się wpłynąć lotniskowcem na
płyciznę z mnóstwem skał. Z konieczności, nie z altruizmu, zostawiamy
nisze małym firmom.
- Jak będzie wyglądał za kilka lat polski rynek - nadal
kilku dużych graczy i sporo małych firm niszowych, czy też jeden duży i
wielu małych?
- Nie byłoby dobrze, gdyby został tylko jeden duży. Poza chyba
Danią, wszędzie jest po kilka dużych firm. Tylko dobra konkurencja
powoduje, że rynek się poprawia. W Polsce i tak na razie jest bardzo
duże rozdrobnienie - tych kilku największych graczy ma 15 czy 18 proc.
W biznesach, w których marża jest niska, a tak mamy w przemyśle
spożywczym, koszty muszą się rozkładać na duży wolumen produkcji.
Przestrzeń do konsolidacji jest w Polsce nadal olbrzymia. Ale można to
robić, kupując innych albo poczekać na sytuację, kiedy słabsi wypadną z
rynku i zająć ich miejsce, tak jak to się dzieje w czasach kryzysu.
Skoncentrować się na tym, co robi się dobrze i poczekać, aż rynek
wybierze zwycięzców.
Jesteśmy w stanie bez specjalnych nakładów podwoić produkcję w
naszych zakładach, zarówno mięsa czerwonego, jak i drobiu. My do
przegranych na pewno nie będziemy należeć.














